7 czerwca spotkaliśmy się na południowym wybrzeżu Anglii, w sercu jurajskich klifów Dorset, by wspólnie przejść szlakiem dawnych pielgrzymów i kapłanów – Priest’s Way – w stronę naszej dzikiej jaskini nad samym morzem.
Od pierwszego kroku było wiadomo, że to nie będzie zwykły wypad. Ponad godzinna wędrówka z ciężkim ekwipunkiem – w sumie około 300 kilogramów drewna do utrzymania świętego ognia – wystawiła każdego z nas na próbę siły i determinacji. Plecaki wbijały się w ramiona, nogi paliły, a wiatr smagał twarze. Ale z każdym metrem czuło się też, że idziemy w coś więcej niż tylko miejsce – wchodziliśmy w przestrzeń, gdzie liczy się tylko obecność.
Droga wiodła przez otwarte pola z widokiem na bezkresne morze. Chmury przesuwały się nad nami, słońce co chwilę przebijało się przez nie, a gdzieś w oddali można było już dostrzec skalny łuk, który zwiastował bliskość celu.
Gdy dotarliśmy do jaskini, świat zewnętrzny został za nami. Ściany oświetlone dziesiątkami małych światełek, trzask ognia, szum fal rozbijających się o klify i świst wiatru tworzyły atmosferę jak z innego wymiaru. Nie było Wi-Fi, nie było bluetootha, nie było zasięgu. Był tylko czas, by zajrzeć w siebie.
Wieczór przyniósł muzykę, śpiew, medytację i Authentic Sharing – szczere rozmowy bez masek, w których każdy mógł podzielić się tym, co w nim żywe. Kakao otwierało serca, rytuał hape oczyszczał myśli, a ogień spajał całą grupę w jedno. Czas płynął inaczej – raz w śmiechu i radości, innym razem w ciszy i refleksji.
Na zewnątrz – oceaniczny mrok i bezkres. Wewnątrz – ciepło, światło i braterstwo.
Rano, kiedy pierwsze promienie słońca wdarły się przez wejście do jaskini, wiedzieliśmy, że każdy z nas zabierze z tego miejsca coś, czego nie da się kupić ani opisać do końca słowami – poczucie mocy, lekkości i głębszego połączenia z sobą.
To nie była tylko wyprawa. To była podróż do środka.











